Czy konserwatysta istotnie upodabnia się do postmodernisty, gdy dokonuje wyboru spośród dziedzictwa, dookreślając tradycję, do której zamierza nawiązywać? - Tomasz Merta odpowiada Timothy Snyderowi
Prezentujemy tytułowy esej z wyboru pism Tomasza Merty: Nieodzowność konserwatyzmu
Nakładem Teologii Politycznej i Muzeum Historii Polski ukazał się właśnie zbiór najważniejszych tekstów śp. Tomasza Merty - wybitnego humanisty, wiceministra kultury, który zginął w katastrofie smoleńskiej
„Mówicie, że krasnoludki nie istnieją. No dobrze, ale jak w takim razie nazywacie te małe ludziki w czerwonych czapeczkach?” Nie pamiętam autora tej znakomitej repliki wymierzonej we wszystkich krasnoludkowych niedowiarków, a szkoda, bo przychodzi mi ona na myśl zawsze, gdy ktoś neguje sensowność używania słowa „konserwatyzm” we współczesnej Polsce. Nie będę rzecz jasna zaprzeczał oczywistemu przecież faktowi, że konserwatyzm w III Rzeczypospolitej ma spore kłopoty ze swoją tożsamością, trudno mi jednak zgodzić się z tym, iżby należało z tego wyciągać radykalny wniosek na temat jego nieistnienia. Tymczasem tak właśnie postępuje Tim Snyder, który demaskuje młodych polskich konserwatystów jako liberałów w przebraniu. (Właściwie nie tyle demaskuje, ile ułaskawia, bo słówko liberał ma z jego punktu widzenia z pewnością bardziej pozytywne konotacje niż „konserwatysta”.)
Burke wstępuje do SLD
Na poparcie swojej tezy zgromadził Snyder, wnikliwy obserwator polskiego życia politycznego, szereg mocnych argumentów, których fałszywości nie jest łatwo dowieść. Tym bardziej że większość z nich jest całkowicie prawdziwa. Istotnie, podstawowym problemem polskiego konserwatyzmu jest trudność w zbudowaniu wiarygodnej odpowiedzi na pytanie „co konserwować?”. Konserwatysta winien przecież konserwować to, co jest, a to, co jest, okazuje się niewątpliwie mało zachęcające. Polski konserwatysta nie może więc afirmować zastanej rzeczywistości, lecz od samego początku się jej sprzeciwia. Jego odruchy nie są zachowawcze, lecz burzycielskie. To, co dane i konkretne – choćby opisywana przez Snydera postpeerelowska mentalność – staje się głównym wrogiem konserwatysty. W tej sytuacji upodabnia się on do swego odwiecznego wroga, rewolucjonisty, który swój cel wyznacza nie w odniesieniu do tego, co jest, ale do tego, co powinno być. Odwraca się tyłem do nieprzyjemnej rzeczywistości, próbuje ją zignorować, swe działania podporządkowując wyrozumowanemu i w istocie rzeczy zupełnie abstrakcyjnemu projektowi. Nie chce rzeczywistości konserwować, ale wręcz przeciwnie – doprowadzić do gwałtownej zmiany, która umożliwi zrealizowanie jego abstrakcyjnego, ogólnego projektu. Konserwatysta, czując się nieswojo w roli rewolucjonisty, próbuje się usprawiedliwiać, wskazując jakieś wzorce z przeszłości, wskrzeszając dawne, historyczne tradycje. Skoro jednak nić tradycji została zerwana, odwołania do historii nie mogą mieć żadnego znaczenia – w końcu każdy może zawitać do muzeum. Podobnie nikłą tylko moc usprawiedliwiającą mają próby włączenia się polskich konserwatystów w spory prowadzone przez ich zachodnich, przede wszystkim amerykańskich, kolegów – najłatwiej walczyć im z przeciwnikiem, którego sami wykreowali albo też importowali zza oceanu. Konserwatywnej międzynarodówki nie będzie – dowodzi Snyder – trzeba więc, by polscy konserwatyści zajęli się swoimi problemami, zamiast tracić siły na heroiczną czy raczej heroikomiczną walkę z polityczną poprawnością czy feminizmem.
Wszystko to brzmi bardzo logicznie i przekonująco, na szczęście dla konserwatystów można jednak znaleźć kilka miejsc, w których jest się o co ze Snyderem pospierać. Przede wszystkim o efektowną, ale nie do końca uzasadnioną wizję postkomunistów i ludowców jako jedynych prawdziwych polskich konserwatystów. Zdaniem Snydera Kwaśniewski i Pawlak, choć sami nigdy by się tak nie określili, są konserwatystami, konserwują bowiem realnie istniejące tradycje – postkomunistycznej mentalności i drobnych chłopskich gospodarstw. Kwaśniewski i Pawlak istotnie wypełniają wszystkie elementy zaproponowanej przez Snydera definicji konserwatysty: przedkładają to, co konkretne, nad to, co abstrakcyjne, tradycję nad ideę postępu, wartościują pozytywnie zastaną rzeczywistość i niechętnie odnoszą się do jakichkolwiek gwałtownych zmian. Wszystko to prawda, wydaje się jednak, że dowodzi to nie tyle konserwatyzmu Kwaśniewskiego i Pawlaka, ile ułomności przedstawionej tu definicji. Po pierwsze dlatego, że poznawczo bezwartościowe jest sprowadzanie konserwatyzmu jedynie do prostego odruchu zachowawczego – można oczywiście mówić, jak to czyniły niezliczone rzesze sowietologów, o konserwatystach w Biurze Politycznym KPZR, ale pojęcie to traci wtedy swój sens jako określenie stylu politycznego myślenia, stając się – praktycznie rzecz biorąc – bezużyteczne. Po drugie, dlatego że definicja Snydera nie umożliwia nam odróżnienia konserwatysty od pragmatycznego utylitarysty, który kierując się roztropnością (skądinąd przecież bardzo konserwatywną cnotą), również może sceptycznie oceniać szanse realizacji abstrakcyjnych projektów i przeciwstawiać się gwałtownym zmianom. Jest to, dodajmy, problem wcale nie nowy, jak tego dowodzą choćby przemiany w sposobie interpretowania filozofii Edmunda Burke’a. W pierwszej połowie naszego wieku „ojca konserwatyzmu” uważano za filozofa pragmatycznego, afirmującego rzeczywistość jako efekt procesu historycznego. Zwolennicy takiej interpretacji zwracali zwykle uwagę na wewnętrzną koherencję poglądów angielskiego myśliciela, która zupełnie dobrze obchodziła się bez jakichkolwiek metafizycznych podpórek. Najważniejszymi kategoriami w myśleniu Burke’a były zadawnienie i stosowność, przy czym stosowność sprowadzała się do postulatu poszukiwania rozwiązania nie najlepszego w ogóle, lecz tylko najlepiej dostosowanego do aktualnego kontekstu politycznego i historycznego. W latach pięćdziesiątych roszczenia do Burke’a zgłosiła szkoła prawa naturalnego, która uważała jego konserwatyzm za ufundowany na pewnej formie sankcji religijnej. Choć próby wykreowania Burke’a na myśliciela religijnego (Russell Kirk) spaliły na panewce, prace Paula J. Stanlisa, Charlesa Parkina i Francisa Canavana dowiodły wątłości wąsko-pragmatycznej interpretacji. Na przykład pojęcie stosowności u Burke’a z trudem jedynie daje się zrozumieć, jeśli abstrahować od Burke’owskiej koncepcji sprawiedliwości. Nie wydaje się też obecnie możliwe ignorowanie religijnych poglądów filozofa, które choć nie pozostają w bezpośredniej relacji do jego koncepcji politycznych, to jednak stanowią dla sfery politycznej ostateczny układ odniesienia i potencjalne źródło wartościowania. Taka wizja konserwatyzmu wykracza znacznie poza definicję zaproponowaną przez Snydera, ale tylko dzięki niej Burke zostaje ocalony od konieczności zapisania się do SLD.
Konserwatyzm i konstruktywizm
Centralne miejsce w tekście Snydera zajmuje problem tradycji, wobec której polski konserwatyzm musi się określić. Snyder ma niewątpliwie rację, gdy wskazuje na realne istnienie postpeerelowskiej mentalności i antymodernizacyjnego nastawienia wsi. Czy jednak konserwatyzm jest rzeczywiście skazany na ich obronę? Nie jest przecież tak, by do nich sprowadzała się cała polska tradycja polityczna. Snyder jest tego oczywiście świadom, wspomina przecież o tradycji solidarnościowej, jednak w jego przekonaniu konserwatysta nie może dokonywać wyboru tradycji, musi brać ją taką, jaka jest, jakiekolwiek konstruktywistyczne poczynania są zaś absolutnie niedopuszczalne. Obawiam się, że przy radykalnym sformułowaniu tej tezy nawet Kwaśniewski i Pawlak nie zasłużyliby na miano konserwatysty, wszak i oni dokonują wyboru swojej tradycji, pewne elementy polskiej rzeczywistości wzmacniając, inne zaś ignorując. Pożyteczne chyba byłoby tutaj wprowadzenie dość popularnego rozróżnienia na dziedzictwo i tradycję – dziedzictwo jest wielką skarbnicą narodową, w której przechowywane jest absolutnie wszystko, co wpływało i wpływa na ukształtowanie się naszego jestestwa, tradycja natomiast jest mniej czy bardziej świadomym wyborem z owego dziedzictwa. Wybór ten rzadko tylko bywa całkowicie arbitralny, niewątpliwie jednak nikt nie może uniknąć konieczności jego dokonania. Nie da się przecież konserwować dziedzictwa jako takiego, już to z tego powodu, że są tam elementy ze sobą niespójne, a nierzadko i absolutnie sprzeczne, już to dlatego, że dziedzictwo podlega nieustannej zmianie wraz z ludzkimi działaniami wciąż tworzącymi nowe fakty kulturowe, cywilizacyjne i polityczne. Ktoś, kto chciałby konserwować całe dziedzictwo, siłą rzeczy musiałby być zwolennikiem absolutnego bezruchu, zwolennikiem zatrzymania świata.
Sprzeciw polskiego konserwatysty wobec tradycji peerelowskiej mentalności nie musi więc czynić jego konserwatyzmu mało wiarygodnym. PRL nie była czarną dziurą ani też okresem, w którym dokonano totalnej destrukcji tradycyjnych więzi społecznych i instytucji pośredniczących. Owszem, wiele z nich zostało nadwątlonych, osłabionych czy zapomnianych, ale do anomii było doprawdy daleko. W 1989 roku nie mieliśmy wcale pustych rąk – ocalić udało się zdumiewająco dużo, jeśli idzie zarówno o tradycje polityczne, jak i społeczne. Opozycja nie tylko zakiełkowała, ale i rozkwitła, także i dlatego, że miała się do czego odwoływać: do wciąż mocnej rodziny kultywującej nierzadko historyczne i etyczne tradycje, do etosu polskiej inteligencji, do niezwykle silnej i zachowującej nieprzerwaną ciągłość tradycji religijnej. W żadnym razie nie jest więc tak, iżby konserwatysta polski nie miał się do czego odwoływać – nawet jeśli prawdą jest, że łatwiej znaleźć mu oparcie w aksjologii, etyce i religii niż w polityce. Ośmielam się też stwierdzić, że i z polityką sprawy nie mają się aż tak tragicznie. Zwycięstwo Kwaśniewskiego jest faktem, ale faktem jest także wysoki poziom poparcia dla sił postsolidarnościowych, powszechny konsensus co do sensu istnienia konstytucyjnej demokracji, akcesu do NATO i Wspólnoty Europejskiej. Polski konserwatysta nie musi być nastawiony antymodernizacyjnie (co nie znaczy, że nie będzie spierał się o kształt modernizacji), bo też i społeczeństwo en masse wcale takiego nastawienia nie ma.
Czy konserwatysta istotnie upodabnia się do postmodernisty, gdy dokonuje wyboru spośród dziedzictwa, dookreślając tradycję, do której zamierza nawiązywać? Czy staje się zarozumiałym konstruktywistą, lekceważącym otaczającą go rzeczywistość? Taki wniosek nie wydaje się uprawniony. Czym innym jest bowiem wprowadzenie pewnej hierarchii w ocenie różnych narodowych tradycji, czym innym zaś negowanie istnienia tradycji, które uznano za złe. W tym sensie zresztą ma Snyder rację – marnym konserwatystą jest ten, kto odwraca się tyłem do polskich problemów, kto opiera swój konserwatyzm na idealizacji rzeczywistości, ignorując zupełnie realia. Istotnie, konserwatysta musi zdawać sobie sprawę z tego, co jest, a więc także z faktu istnienia peerelowskiej i chłopskiej mentalności, ale nie znaczy to, że jest skazany na proste zachowanie zastanego świata. „Zmiana” nie jest słowem wygnanym z konserwatywnego słownika.
Polecamy także: Tomasz Merta, Listopad
Opinie o książce:
Książka jest zbiorem tekstów pisanych przy różnych okazjach i w różnych miejscach. Łączy je niezwykła osobowość autora: z jednej strony subtelnego intelektualisty dostrzegającego bogactwo rzeczywistości i wieloznaczności idei, z drugiej człowieka, który pragnął zmieniać świat. Książkę można więc traktować jako zbiór przemyśleń, ale także jako inspirującą zachętę do działania. Konserwatyzm Tomasza Merty był konserwatyzmem twórczym, żywym i bogatym. Nie można go imitować, lecz można się z niego uczyć.
Ryszard Legutko
Tomasz Merta był konserwatystą otwartym na świat tak intelektualnie, jak i społecznie. Według najlepszych tradycji polskiej inteligencji zarówno w działalności publicznej, jak
i w pracy naukowej poświęcał się sprawom społecznym, wychowaniu młodzieży i polityce. Był niezwykle mądry i oczytany, miał dar rozmowy i przyjaźni. Publikował dużo, ale był zbyt oddany sprawie publicznej i zmarł zbyt młodo, by mieć czas napisać swoją własną wielką pracę. Ale oto, właśnie dzięki wysiłkom przyjaciół, powstała książka, która gromadzi
i utrwala myśl wybitnego człowieka.
Timothy D. Snyder
Zebrane z dwóch ostatnich dekad teksty Tomasza Merty prezentują zaskakująco spójny punkt widzenia na politykę, historię i kulturę. Można to wytłumaczyć tylko wyjątkową wewnętrzną integralnością ich autora. Merta zawsze wiedział, co pisze i dlaczego. Lektura tych tekstów dzisiaj przywraca nadzieję.
Marek A. Cichocki
Tomasz Merta swój intelektualny talent i pracę oddał zmaganiom o duchowy fundament Rzeczypospolitej. Zbierał najmocniejsze argumenty na rzecz prawomocności patriotyzmu
i postawy konserwatywnej. Jego teksty składają się na pewien kanon nowoczesnego myślenia o Polsce i są świadectwem roztropnej troski o jej przyszłe losy.
Rafał Matyja


Polacy nie gęsi własne mają.
To sentencja polskiego konserwatyzmu. Dziś możemy jednak go zwać tym tradycjonalistycznym konserwatyzmem ponieważ przez ostatnie 200 lat okupacji do Polski nawiało tyle cudzoziemskich farmazonów i fanaberii, że Polacy nawet od święta nie chodzą w swoim własnym polskim stroju narodowym.
Neosarmatyzm to nie jest postmodernizm jak neokonserwatyzm. Mu bliżej do polskiego narodowego szowinizmu i to z powodu odmiennej cywilizacyjnie i etnicznie przynależności jego. Innej niż cywilizacja zachodnioeuropejska i germańska/sowiecka etniczność większości nowoczesnych Polaków w XXI wieku. Taki metaliczny nieprzyjemny zgrzyt pomiędzy Wschodem Słowian/Kułaków i Zachodem German/Kołchoźników. Czyli tacy Zachodnioeuropejczycy deklarowani cywilizacją łacińską nagle znienacka pakują się w ciuszki Wschodnioeuropejczyków deklarujących się cywilizacją polską/sarmacką i nagle ich ani kulturą ani zachowaniem nie odróżnisz od ludności zamieszkującej serce całego Wschodu. Konflikt cywilizacyjny na pełnej linii gotowy. Etniczna wojna domowa? Być może kulturalna i/lub cywilizacyjna na pewno. Więc szowinizm też.
Dzisiejsza szlachta to nie szlachta sprzed zaborów. Odtworzenie stanu słowiańskich wojów wymagałoby powszechnej, publicznej i sądowej lustracji i wyłonienia nowych, tym razem niedziedzicznych, obywateli-żołnierzy. Ludzi uczciwych, honoru i lojalności. To nie jest coś co germańskiej i sowieckiej etniczności nowocześni Polacy łatwo przełkną.
Konstytucja 3 Maja jest drugim filarem po nowej szlachcie tej odrodzonej Polski. Łatwo ją unowocześnić też. Konstytucja USA też po części masońska mało różni się od tej polskiej z 3 Maja. Także pisana była w tym samym czasie jak i wolnościowym duchu. To co czyni Konstytucję USA nowoczesną to jej poprawki. Poprawki, które równie dobrze modernizują do XXI wieku Konstytucję 3 Maja.
Religia Rzymsko-Katolicka. Choć troszkę sponiewierana nawet przed rozbiorami bezmyślną ślepą totalną tolerancją religijną Konfederacji Warszawskiej nadal jest częścią kultury nowoczesnej germańskiej/sowieckiej Polski. Często to jest ostatni bastion oryginalnych słowiańskich obyczajów przedrozbiorowej słowiańskiej Polski. Konstytucja 3 Maja czyniła ją religią panującą w Polsce, lecz to nie była religia pod sterem władz z Watykanu. To był nasz własny polski kościół. Kościół pilnujący interes Polski i Polaków. Włodycy Watykanu nie szerzyli w nim swojego szkodliwego dyktatu ekumenicznego składającego Polskę jako ofiarę na ich ołtarzu ekumenii. Dyktatu takiego jak katastrofalne gospodarczo wstąpienie Polski do EU za niespełnioną obietnicę wpisu o statusie tej religii w preambule konstytucji EU.
Ustrój gospodarczy przed rozbiorami w Polsce tępił wszelkie patentowe ograniczenia i liberalną wolnorynkową bezmyślność. Te rozwiązania kłóciły się z zarządzeniami gospodarczymi zaborców tworzących z Polski rolniczą zabiedzoną liberalną kolonię. Gospodarka neosarmatyzmu przeto nie może być w żadnym razie liberalna czy wolno rynkowa. Nie u tradycjonalistycznych konserwatystów. Neomerkantylizm to najbliższe gospodarcze nowoczesne rozwiązanie i przykład neomerkantylistycznego Singapuru, kraju największej wolności gospodarczej na świece, pokazuje, że wolny rynek przynajmniej ideologicznie to fiasko równie wielkie jak planowana gospodarka realnego socjalizmu. Jak inaczej wyjaśnić wyższość w wolności gospodarczej neomerkantylizmu nad krajami z wolnym rynkiem? W każdym razie zerwanie z rozwiązaniami Zaborców i nawiązanie do wzorów naszych praojców sprzed rozbiorów społecznie i gospodarczo może odbudować Polskę w 20 lat w drugą Japonię jeśli nie w drugie mocarstwo jak USA na tej planecie. Dlaczego 20 lat ktoś się spyta? Neomerkantylistycznej Japonii, Korei Południowej i innym neomerkantylistycznym krajom w XX wieku dłużej to nie zabrało.
Polska jako mocarstwo w XXI wieku. Przemysł Japonii. Wojsko USA. A w czasie 20 lat oczekiwania na to wszystko starczy nam te parę milionów nowego Pospolitego Ruszenia z bronią automatyczną w domu jak w Szwajcarii by Rosji i EU coś głupiego nie strzeliło do głowy. Polska to gwarantowane światowe mocarstwo i tylko my tradycjonalistyczni konserwatyści trzymamy ten przepis w ręku. Pytanie się zostaje dla reszty Polaków, czy znudziło się im już żyć w tym od 200 lat biednym i zacofanym kraju. Jedyna nadzieją, że ci inni Polacy nie obstają fanatycznie przy zacofaniu i biedzie to nie efekt ich rasizmu przeciwko nam Słowianom.
pozdrawiam,